poniedziałek, 1 czerwca 2015

Kolejne treningi. Jestem Panem biegania.

Pierwsza zabawa marszobiegiem spowodowała, że poczułem nie tylko wszystkie te mniej przyjemne sygnały z ciała (coś się dzieje), ale też chęć dalszego próbowania. Próbuję więc.

Czytaj dalej...




Trening numer 2 był bardzo podobny do pierwszego tylko już bez żony. Pociągnęło to za sobą kilka mniej lub bardziej przyjemnych konsekwencji.

1. Wiatr we włosach.
Przyśpieszyłem. No bo już nie biegnę z kimś tylko sam. I sam ustalam tempo.
Przebiegłem kilkaset metrów więcej, choć nie tylko zmiana tempa miała na to wpływ gdyż... :


2. Pierwsze cele.
Postawiłem sobie też pierwsze cele. Może zrezygnuję z jednej lub dwóch przerw minutowych i pobiegnę dłużej. 
Wyszło. Było ciężej.Co dwie minuty to nie jedna. A w sumie zamiast 7 minut biegu, aż 9! Szaleństwo. Drugi cel? Wspomniana już wcześniej górka. Chcę pod nią wybiec bez zrobienia przerwy. Z tym już poszło gorzej. Dobiegłem do może 1/3. Reszta spacerkiem. Radość po skończonej zabawie nie do opisania.... i:


3. Zadyszka.
...i zmęczenie większe. Kolejna krótka zadyszka, ale tym razem wziąłem ją na klatę. Wczoraj szybko się pojawiła i tak samo szybko minęła. Teraz nie może być inaczej. Tylko czemu nadal się pojawia? Ach, to dopiero drugi trening. Na co liczyłeś?

4. Ja mam nogi. I kolana. Łydki. 
Każdy fragment moich dłuższych kończyn postanowił się ze mną przywitać bólem. Stopy,kolana,łydki. Dlaczego? Bo w końcu ruszyłem tyłek i postanowiłem się trochę poruszać. Ale chcę dalej i dłużej. No pain no gain.


Kolejne treningi o numerach 3 i 4 (występowały dzień po dniu) przyniosły dalsze cele lokalizacyjne, czyli: dzisiaj chcę dobiec do..... (tutaj miejsce na Wasz cel) oraz cele czasowe .... (chcę biec x minut bez przerwy).

W tych dniach postanowiłem zrezygnować z przerw w biegu. Oczywiście do momentu,kiedy już braknie sił. Skończyło się na tym, że góra nadal jest niezdobyta (przynajmniej biegiem). Podczas treningu z większą częstotliwością biegu i spacerkiem w najtrudniejszych momentach docieram jednak już na sam szczyt. Progres.

Zapytacie: co zrobić, żeby "aż" tyle przebiec, jak się przygotować? Dopiero ledwo przebiegłeś 7 prób po minucie.
Na te pytania chyba nie ma jednej właściwej odpowiedzi.

Z mojego punktu widzenia nie trzeba robić zbyt wiele. Jedno jest pewne: trzeba chcieć. Śmiem twierdzić, że każdy zdrowy człowiek jest w stanie przebiec bez problemu kilkanaście, a może kilkadziesiąt minut. Potrzebujesz odpowiedniego nastawienia i dobrze dopasowanego tempa, które poprzez takie pierwsze krótkie treningi należy znaleźć. Reszta to wewnętrzna siła i samozaparcie. Tylko tyle albo aż tyle. I nawet tenisówki w tym nie przeszkodzą.


Jak to się przedstawia kilometrowo?

I dzień - 14 minut - 1,40 km (7 minut biegu,7 minut marszu) - "góra" niezdobyta
II dzień - 14 minut - 1,65 km (9 minut biegu, 5 minut marszu) - "góra" niezdobyta (bieg do 1/3 wysokości)
III dzień - 13 minut - 1,80 km (11 minut biegu, 2 minuty marszu) - "góra" niezdobyta (bieg do 1/3 wysokości, dalej szybki marsz)
IV dziń - 15 minut - 2 km (12 minut biegu, 3 minuty marszu) - "góra" zdobyta marszem

Tak się prezentuje owa "góra" a dokładnie powiedziałbym 1/3 jej wysokości, bez końcowego najtrudniejszego podbiegu.

Być może obrazem nie robi wrażenia.W rzeczywistości, nogi i serce drżą. Wiem co piszę! :)


Wybiegnę, zdobędę ... kiedyś.




A poniżej przyjemniejszy fragment. Ten " z innej górki".



 



 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz