sobota, 23 maja 2015

Bieganie po raz pierwszy. Ciężki dobrego początek

Próbując przekonać się do biegania trafiłem na masę stron poświęconych tej tematyce.
Zaczynając od konkretnej diety, poprzez wykaz odpowiedniego sprzętu, a na profesjonalnych treningach kończąc. I co mi to dało?

Czytaj dalej...





Dieta:
Od ponad roku staram się żyć i odżywiać według nowych dla mnie zasad. Może będzie kiedyś okazja podzieleniem się ponad rocznym eksperymentem z odżywianiem.
Właściwie bez ćwiczeń, ale z mocnymi ograniczeniami 15 kg na minusie. O tym kiedyś.

Jaka dieta przed pierwszym i każdym kolejnym biegiem? Lekka. Bez tłuszczu, bez smażenia. Cukier? Niewiele.
Nie stosowałem jednak żadnego specjalnego jadłospisu. Jak już wspominałem chcę się nauczyć biegać, ale nie będę na siłę robił z siebie profesjonalisty.

Trening wieczorny.

 I śniadanie 08:00:
1,5 szklanka mleka
5 łyżek musli z Biedry

II śniadanie 11:30:
2 x kromka chleba (pieczywo białe pszenno-żytnie)
3 łyżeczki twarożku
1/2 pomidora

III obiad 15:00
5 ziemniaków
2 x plaster szynki wieprzowej duszonej z marchewką
3 łyżki kapusty białej z marchewką

IV przed biegiem 18:00
jabłko
kostka czekolady

Bieg godzina 18:40

V po biegu
Koktajl ze szpinaku, koperku, selera naciowego, banana oraz jabłka



Według wszystkich zaleceń porządny posiłek przynajmniej na 2-3 godziny przed planowanym treningiem.

Sprzęt:
Zwykłe spodnie dresowe z dyskontu jakiegoś, podobnie z koszulką. Buty?
Trampki. Nie zbyt dobry początek.
Z racji tego, że zwykłe tenisówki towarzyszą mi od lat i nie posiadam żadnych adidasów w swojej "bogatej" kolekcji butów nie miałem wyboru , nie chciałem też wydawać pieniędzy już na samym początku, kiedy nie wiedziałem nawet czy żywy wrócę z "pierwszego biegu". Przecież ja nie umiem biegać.

Przyszłe treningi szybko zweryfikowały moje dość lajtowe przyznacie podejście. I dobrze. Tak się człowiek uczy.

Mój trampek rzecz jasna po 8 latach użytkowania wygląda troszkę inaczej, ale takie coś towarzyszyło moim pierwszym biegowym zmaganiom:



Plan treningowy:
Tutaj dostałem propozycję od żony. Plan treningowy przygotowujący do 45 minut biegu bez przerwy. 
45?! Nie ma szans. Nie ogarnę nawet 5 minut, a co dopiero 9 razy tyle.

Początek jednak brzmiał zachęcająco:
Tydzień I:
Cykl: 1 minuta marszu-->1 minuta biegu--> 14 powtórzeń, w sumie 7 minut marszu, 7 minut biegu.
Do zrobienia!



Trening okazał się dość przyjemny. Do 4 minuty biegu.
Mieszkam w okolicy o dość zróżnicowanym terenie. Spore, strome podbiegi i takie same zbiegi. I "góra". Pierwszy biegowy przeciwnik, o której więcej w kolejnym wpisie.

Kołatania nie było. Wystąpił jednak ból stopy, przyśpieszony oddech, który dla osoby nie mającej nic wspólnego z jakimkolwiek sportem jest zawsze odbierany jako zjawisko złe i niewskazane.


Po pierwszym treningu doszedłem do wniosku, że coś musiałem zrobić źle, bo 7 minut biegu z 7 minutami przerw to opcja banalnie prosta. Prawda? A jednak organizm od razu wyczuł jakiś tam wysiłek.

Człowiek chce szybko, dużo i ... od razu. Błąd.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz